Agawa, burritos, cantinas, chilli, de Sahagun, enchilada, Carlos Fuentes, frijoles, futbol, gusano, jaguar, kaktusy, kwezal, limonka, mezcal, Montezuma II, Monte Alban, pelota, PEMEX, pulque, Querétaro, Rio Grande, Diego Rivera, salsa, Sierra Madre, sombrero, szamani, tacos, tequila, tortilla, Veracruz – to hasła, które przychodzą mi do głowy na myśl o Meksyku, których nie znalazłem w alfabecie francuskiego podróżnika i filmowca, Jeana-Claude’a Carriére. A dodałbym do tego wiele haseł bardziej osobistych. Meksyk jest tak bogaty, różnorodny, kontrastowy, niezwykły, że można o nim napisać słownik co najmniej dwutomowy, a i tak pozostałoby wiele tematów pominiętych. Nie mniej Francuz wykonał kawał dobrej roboty, przedstawiając swój subiektywny, ale jakże ciekawy Meksyk. Pisze z sympatią, ale i z nutą ironii, odwołuje się równie chętnie do historii, jak do anegdot. Jest w tym słowniku też pełna uroku beztroska turysty, który selekcjonuje, który nie rości sobie pretensji do wszechwiedzy. Z rozbrajającą szczerością Carriére wyznaje, że nie był nigdy w Acapulco czy nie czytał nigdy historii o „Zorro”, widział i słyszał jednak dostatecznie wiele, by swoim „alfabetem” zachęcić do podróży i poznawania na własną rękę. |