Wracając pociągiem z Berlina wziąłem zostawione przez kogoś gazety - "Wyborczą" i "Rzeczpospolitą". Obydwie rozpisują się o demonstracjach z 11 listopada. Nie pierwszy raz czytając publicystów obydwu gazet odnoszę wrażenie, że są chyba z innych planet, a przynajmniej mieszkają w innych - wymyślonych we własnych głowach - Polskach. "Wyborcza" pisze o tym jak to pochód faszystowski został zatrzymany, brunatna siła nie wlała się do centrum miasta, wolność raz jeszcze zwyciężyła. No pasaran! "Rzeczpospolita" rozwodzi się na temat lewackich bandytów (z Niemiec!), którzy atakowali na Krakowskim Przedmieściu wesołych staruszków. W obydwu gazetach język konfrontacji, tony nienawiści. Niestety, ten język oszlałych publicystów przejmują politycy, na początku XXI wieku w polskiej publicystyce politycznej mamy język rodem z początku XX wieku, który nijak ma się do rzeczywistości i szczęśliwie nijak ma się do tego, czego ludziom potrzeba. Nietolerancja dla inności, brak zrozumienia, że można mieć odmienne poglądy - taka postawa staje się w głównych mediach powszechna. A efekt jest taki, że nakłady największych gazet spadają, bo czytelnicy słusznie utracili zaufanie, dla mediów, które widzą świat dwukolorowy. Tak jak elektorat stracił zaufanie do polityki. Ten język nienawiści, konfrontacji, inkwizycji, szukanie afer, winnych, epitety w rodzaju "lewaccy bandyci" i "faszyści", to pokłosie afery Rywina. To wówczas media z lekkością zrezygnowały z cnoty obiektywizmu, z wyznaczonej im roli - opisywania a nie kreowania rzeczywistości. Kiedy studiowałem dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim uczono mnie, że elementem etyki tego zawodu jest nie krzywdzić nikogo bez wyraźnego społecznego powodu. Tej etyki w polskiej publicystyce od dawna nie widzę. Pracowałem przez dziesięć lat w "Rzeczpospolitej", gazecie niegdyś najbardziej rzetelnej i obiektywnej w kraju. Dziś jest to to gazeta promująca konfrontację, wyzbyta tolerancji, a i zdrowego rozsądku, gazeta ludzi rozgoryczonych bo przegranych. |