Paweł Kelner po tylu latach wciąż jest w doskonałej formie. Wczoraj w Fonobarze zagrali szesnaście utworów, głównie starych - zacznając od tych, które powstały jeszcze w 1980-81 roku, jak "Jeden świat" czy "Pistolet", po produkcje najnowsze: "Głupota z dyplomami", "Śmieci i diamenty", "Jestem dzieckiem", "Na Królewskim Trakcie" czy "Dziś". Deuter promuje swoją nową płytę "Śmierć i diamenty", nie słyszałem jej jeszcze, ale nadrobię zaległości, bo płyta też jest staro-nowa, a Deuter brzmi jak w najlepszych swoich czasach - bez udziwnień i chórków, które pamiętam z drugiej połowy lat 80. (Róbrege). Deuter zresztą wielokrotnie zmieniał wizerunek, miałem okazję oglądać ich na scenie chyba we wszystkich okresach aktywności - w pierwszej połowie lat 80., potem na wspomnianym Róbrege bodaj w 1987 roku oraz w późnych latach 90., chyba najsłabszych twórczo. Po raz ostatni widziałem ich w czerwcu 2001 roku w CDQ na urodzinach Praffdaty, a koncert ten był dla mnie o tyle szczególny, że znalazł się w scenie otwierającej moją pierwszą powieść "Xenna moja miłość" (bohaterowie poznają się na tym koncercie Deutera właśnie). Potem o Deuterze długo było cicho, jeśli nie liczyć płyty Dezertera "Deuter", zresztą zupełnie udanej i dobrze podsumowującej dorobek zespołu. Przed Deuterem w Fonobarze zagrała wczoraj grupa Żelazna Brama. Słyszałem ich pierwszy raz i byłem pod wrażeniem, bo dziś nikt tak nie gra. Przypominają nowofalowe kawałki Braku czy Śmierci Klinicznej (tylko zupełnie inny jest wokal), doskonale pasowali jako interludium dla weterana Pawła Kelnera. |