Świetna jest nowa powieść Michała Witkowskiego, wielokrotnie omal się nie oplułem parskając ze śmiechu. Wielopoziomowe metafory, z odniesieniami do kultury masowej i do literackiej spuścizny z Gombrowiczem na czele, ale przede wszystkim krzywe zwierciadło, w którym odbija się sam autor „Lubiewa”, bohater tej książki. Znudzony Warszawką i rolą celebryty, dyżurnej cioty dla kolorowych magazynów, w poszukiwaniu nowych tematów ucieka poza sezonem do Międzyzdrojów, gdzie pusto, brudno i bidnie, a główną atrakcją są łykane garściami środki psychotropowe, które gwarantują długi, z rzadka przerywany potrzebami fizjologicznymi, zimowy sen. Zagmatwana kryminalna intryga nie ma tu większego znaczenia, wartością tej powieści są portrety ludzi i miejsc, a przede wszystkim niezwykłe poczucie humoru – pełne autoironii (Michał Witkowski, ikona polskiego pedalstwa, węszący okazji żeby zadupczyć i adorujący młodocianego żulika), ale i krytycznie, a i z detalami, rejestrujące szarą prowincjonalną rzeczywistość, tęsknoty lujków, nocnych stróżów, małomiasteczkowych sprzedawców i starzejących się kobiet, które wyszukują atrakcji mniej jako receptę na nudę, bardziej jako wyznacznik własnego statusu względem sąsiadek. Wydawało się, że po „Margot” Witkowski wyeksploatował do reszty sposób myślenia, mówienia i zachowania mieszkańców Polski B., ale nic podobnego. Wielki talent obserwacji, a przede wszystkim rewelacyjne ucho autora, sprawiają, że te piramidalne bzdury czyta się niczym reportaż, są tak niezwykle sugestywne. |