Zadzwonił do mnie Piotr Stróżyński, autor dwóch powieści: - Felicja Pawlicka zginęła w wypadku! W pierwszej chwili nie uwierzyłem, zerknąłem na jej wpisy na Facebooku, były sprzed kilkunastu godzin - pełne życia, pełne dobrych chęci. Felicja była niesłychanie życzliwym człowiekiem, ofiarna, pomocna, gotowa poświęcić własne sprawy dla innych. Pewnie gdyby nie jej upór, Piotr nigdy by nie skończył swojej nowej powieści "Nienawidzę was!", była jego dobrym duchem. Poznaliśmy ją na naszym pierwszym spotkaniu autorskim w Jarocinie, przyszła z córką, Laurę, która teraz ma 17 lat. Potem jej życzliwe uwagi towarzyszyły nam stale, miała ogromną potrzebę dzielenia się swoimi wrażeniami, była wnikliwym obserwatorem. Jeszcze tak niedawno, na początku czerwca bawiliśmy się wszyscy razem w Jarocinie. Felicja, która uwielbiała fotografię, robiła nam zdjęcia podczas spotkania autorskiego w JOKu, doskonałe zdjęcia biorąc pod uwagę jak niewiele światła mogła wykorzystać w zamkniętej ciemnej sali, bez lampy błyskowej. Jako fotograf potrafiła uchwycić chwilę i jej atmosferę. Była bardzo wrażliwa, mówiła szybko, z emocjami, tak też pisała, tak fotografowała. Póbowała animować zycie kulturalne w Jarocinie, była pełna energii, przygotowywała kolejne wystawy. Wiele rozmawialiśmy o książkach, o propagowaniu czytelnictwa. Miała społeczne zacięcie. Ale przede wszystkim niezwykłą dobroć. Nadal trudno mi w to uwierzyć, że Felicja Pawlicka nie żyje. Była w moim wieku. Była pełna planów, które zostały tak brutalnie przerwane. Jakże życie jest kruche. Jaki los jest niesprawiedliwy.
To naprawdę okropne. :-( . O Felicji duzo dobrego slyszalam od Piotra. Poznalam ja niedawno osobiscie i od razu polubilam. Ta wiadomosc mna wstrzasnela.
Założyłam na pogrzeb Felicji czerwone buty, specjalnie dla Niej - miała takie na moim wernisażu w styczniu, wtedy widziałyśmy się ostatni raz...cały czas trzymałam się dzielnie, wyobrażałam sobie, że siedzi gdzieś na którymś z drzew wokół cmentarza i patrzy na nas, ze spokojem osoby znającej już odpowiedzi na wszelkie pytania, z góry, ale widok Laury sprawił, że łzy płynęły same...to takie niesprawiedliwe...miałyśmy jeszcze razem zrobić tyle wystaw...
Środa, 23 Czerwca, 2010
Piotr Stróżyński Strzępy gitary wśród kwiatów
Zawsze lubiłem być dzieckiem. Ona również nigdy w pełni nie stała się dorosłą. Toteż lubiłem droczenie z nią, jak chłopaczka wabi, pociąganie koleżanek za warkoczyki.
Wilkowyja. Jakaż okazja do żartów, bo to nazwa jak z Bieszczad, a żadnych gór wokół nie widać...
Dzisiaj, tę podjarocińską wieś, zapełniły dziesiątki samochodów. Ludzie szczelnie wypełnili kościół, tłoczyli się też wokół niego, bo miejsca zbrakło. Ubrani poważnie, w żałobnych tonacjach, niektórzy w niezwykle wytwornej formie... Ale i kilku luzaków można było z owej ciżby wyłuskać. Ogólnie widać, że żegnamy tutaj kogoś niepospolitego. Zaraz w mej duszy uruchamia się zapas tekstowy i słyszę wewnętrzny głos, trochę jakby zazdrosny: - migotanie świec, gotyk wyższym czyni wciąż, o marmur kopyt stuk i na tarczy miecz, taki pogrzeb, chciałbyś mieć...
Z treści homilii emitowanej przez głośniki wynikało, że Felicja skończyła studia (także podyplomowe), aby służyć społeczeństwu. W duchu zgodziłem się z tym, bo ona taka właśnie była... Potem ksiądz dodał, że artyści widzą szerzej, głębiej, dosadniej, lepiej; są wrażliwi i wydają się inni. Znowu zgodziłem się z kapłanem. Umiał doganiać Felicję słowami.
Kondukt wydawał się być nieskończenie długi. Mały cmentarzyk ledwie pomieścił tłum. Krótka liturgia w kaplicy i oto już trumna spoczęła nad grobem; za chwilę w mogile. Wszystko działo się szybko, szybciej niż przepływały obłoki po błękitnym niebie. Grób z krzyżem i jej fotografią, pochłonęły kwiaty.
A więc to już koniec. Po wszystkim? Zacząłem spoglądać w kierunku bramy, ale jednak nie... Jacyś ludzie wyciągają gitary, skrzypce, zaczynają grać. Jakiś człowiek śpiewa, akompaniując sobie na pudle, ale nagle głos mu się łamie, wybucha szlochem, roztrzaskuje gitarę o ziemię, ciska jej strzępy na grób. Struny smętnie wiją się wśród kwiatów... Gitarzysta pada, wstrząsany wewnętrznym łkaniem... Podnosi go córka Felicji...
A chmury wciąż płyną po niebie. I skądś słyszę znajomy głos, Ian Curtis śpiewa, że oni przemijają niczym obłoki, a żadne słowo nie wyjaśni i żaden czyn nie wytłumaczy, tego co stało się.
Stoję już za bramą. Ceremonia zakończona, tak jak zakończona moja przyjaźń z Felicją. Ale oto najwyraźniej do mnie podchodzi jej córka Laura.
- Pamiętasz mnie? - pytam zaskoczony.
- Oczywiście - odpowiada. - Mama wiele ciepłego o tobie mówiła - dodaje.
Ściskam ją serdecznie, dodaję otuchy jakimiś banalnymi tekstami.
- Musisz dalej pisać i wydać kolejną książkę - słyszę nagle. - Dla niej. Mama bardzo by tego chciała.
No nie da się ukryć, że mówi prawdę. A więc to nie koniec przyjaźni. A byłem przekonany, że już nikt nie nagra mi się na sekretarkę, nie zapyta o kształt losu, o pisanie; nie powie, że jestem mądry, ważny, że muszę pisać, że ktoś na to czeka, że moje powieści są wartościowe... A tu Felicja definitywnie załatwia mnie zza grobu, bo przecież po takich słowach...
Ostatni raz spoglądam w kierunku cmentarza. Procesja przeszła i przebrzmiał już płacz. Znowu wszystkiego co dobre, pozostało mniej.
Żegnaj przyjaciółko!