Produkt dzień przed premierą zaprezentowano dziennikarzom (osobom z branży znany jest od dłuższego czasu, pokazywany był m.in. na Międzynarodowych Targach Książki w maju oraz na Targach Książki w Krakowie w listopadzie). Konferencja prasowa wypadła dość niefortunnie, nie obyło się bez błędów technicznych, najbardziej wstyd organizatorom musiało być w momencie gdy przed kamerą telewizyjną załadowana do czytnika książka... nie otworzyła się. Ważący 174 gramy czytnik korzysta z technologii e-papieru, kosztuje 899 zł, a w cenie klient otrzymuje 100 załadowanych e-booków (w znacznym stopniu tytułów na wolnych licencjach). Zarząd Kolportera przyznał, że jest to projekt pilotażowy, nie podano, ile czytników trafia do dystrybucji (nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że poniżej 1000 sztuk), urządzenie jak i oprogramowanie wciąż będą udoskonalane, podpisywane są nowe umowy z wydawcami (dotąd jest ich zaledwie 40). Jak na razie poza W.A.B. oraz Zysk i S-ka do projektu dołączyli wyłącznie mali wydawcy, nie ma jednak wątpliwości, że ich liczba szybko wzrośnie – wydawca nic nie ryzykuje, gdyż system zabezpieczeń plików, DRM, nie daje użytkownikowi możliwości kopiowania pliku czy udostępniania go znajomym. DRM ogranicza możliwość czytania do jednego użytkownika – na czytniku lub jego komputerze, po uruchomieniu programu Manager eClicto i zakupie e-booka bezpośrednio ze strony www (trwa to do 10 minut). Przy zabezpieczeniach DRM, które pozwalają wyłącznie na czytanie tekstu cena e-booka w wysokości ok. 50 proc. ceny pozycji drukowanej wydaje się być mało atrakcyjna dla czytelnika. Kolporter przeciera jednak szlaki. Powstał czytelny, nieźle przemyślany system dystrybucji e-booków, połączony z własnym urządzeniem do odczytu. Samo urządzenie jest proste i, choć najtańsze na rynku, nie wzbudza entuzjazmu. Nie ma możliwości tworzenia własnych notatek, zakładek, kopiowania fragmentów, wewnątrztekstowego przeszukiwania dokumentu. Nie ma ekranu dotykowego, sama obudowa nie wygląda atrakcyjnie. Zaletą jest to, że jest bardzo lekki, wymiary 118x118x8,5 mm, ekran e-ink daje komfort lektury, gorzej jest z nawigacją – przewracaniem kartek, powiększaniem czcionki, itp. Brak ekranu dotykowego to ewidentnie mankament, rozumiem jednak, że producentom zależało na niskiej cenie. Inny mankament to możliwość korzystania z eClicto wyłącznie w środowisku Windows (program Manager eClicto nie uruchamia się na Linuksie czy Macintoshu), twórcy oprogramowania zapowiadają jednak, że to się niebawem zmieni. Samo urządzenie daje też możliwość odsłuchiwania audiobooków, obsługuje formaty: EPUB, PDF, TXT, HTML i MP3. Zainstalowane oprogramowanie automatycznie konwertuje dokumenty do formatu EPUB dedykowanego do urządzenia (dokument dostosowuje wielkość do ekranu, jest bardziej czytelny niż PDF). Z komputerem czytnik łączy się przez port USB, nie ma możliwości bezprzewodowego pobierania plików z książkami. Wbudowana pamięć to ok. 200 mb (możliwość załadowania kilkuset książek), gniazdo SD daje możliwość powiększenia pamięci do 4 GB. Powiedzmy sobie szczerze, od Amazona i Kindle wciąż dzielą nas lata świetlne, nie mniej uczyniliśmy pierwszy krok. Za cenę eClicto w księgarni Dedalus z tanią książką można kupić blisko 100 bardzo dobrych tytułów. Kolporter przeciera jednak szlaki w e-handlu kulturą, dalsze losy ich projektu z zainteresowaniem śledzić będzie cała branża – wydawcy z nadzieją, księgarze z obawą. Niezależnie od losów samego czytnika, kielecki gigant (3,8 mld zł przychodu za 2008 rok) podjął zdaje się słuszną decyzję, tworząc przede wszystkim platformę handlową. Doświadczenia e-handlu uczą, że kto pierwszy, ten lepszy. Co na to Merlin i Empik?
|