Po raz pierwszy po 24 latach TZN Xenna zagrała wczoraj w Warszawie i był to powrót w wielkim stylu. Zagrali łącznie 25 kawałków, wszystkie znane, dwa nowe, gdy grali drugi raz "Gumę" za bębnami usiadł Gogo Szulc. Przyszło ponad 600 osób, zjechali się ludzie z całej Polski, niektórych nie widziałem od podstawówki, średnia wieku na sali była zdecydowanie wyższa niż na większości punkowych koncertów, nic dziwnego - dla ludzi, którzy pamiętają lata 80. TZN Xenna to legenda. Ale pod sceną nie brakowało także nastolatków, dla których koncert z pewnością także był wielkim wydarzeniem - bo kto jeszcze rok temu liczył, że TZN Xenna znów zacznie koncertować i to w pełnym wymiarze, bo wczoraj grali przez półtorej godziny! Dla porównania posłuchałem sobie dzisiaj starej TZN Xenny z lat 80. i ta w nowym wydaniu jest nawet lepsza, a co najważniejsze wierna swojemu wizerunkowi, żadnego niepotrzebnego udziwniania, żadnych wstawek ska, nawet nowe utwory są w starym stylu - surowego polskiego punk rocka, będącego zjawiskiem niepowtarzalnym, bo nikt tak nie grał ani w Wielkiej Brytanii, ani w USA, ani w Czechosłowacji, NRD czy ZSRR. W Polskim punku z tamtego okresu był nie tylko bunt, były prawdziwe emocje, a przede wszystkim zero komercji. Przed Xenną bardzo fajny koncert dał Wschód - bezkompromisowy punk, brudny jak praskie ulice. Znakomicie wypadło The Lunatics - grają wesołego punka w najlepszym wydaniu, przypominają mi czeskie Fialky, a wyglądają na scenie jak Argies. W PRL brzmieli znacznie mniej chłopięco niż na swojej płycie "Tu i teraz". Co do klubu Punkt & Radio Luxembourg, to jest to dzisiaj najlepsze miejsce do grania punk rocka w Warszawie i cieszę się, że Xenna zagrała właśnie tam, a nie w Proximie czy Stodole. Przy 600 osobach warto jedynie pomyśleć o dodatkowym kiblu - latem przed klubem stał toi toi i dobrze gdyby wrócił na swoje miejsce. |