Oczekiwanie Nie brakuje jednak dzieł wybitnych czy zwyczajnie ważnych, w których silne namiętności nie prowadzą może do zdarzeń na miarę Homera, ale przywodzą tragedię, ból, czasem śmierć, bo przecież Eros i Tanatos, popęd życia i śmierci są ze sobą nierozłączne. Być może Kundera miał rację, pisząc, że czystą miłością, tą o której pisał św. Paweł, obdarzyć możemy psa, nie człowieka. Bo wobec ukochanej osoby mamy swoje oczekiwania, a te nieuchronnie prowadzą do konfliktów, a często i rozczarowań. Wielkiej miłości zwykle towarzyszy oczekiwanie ukochanej osoby. Oczekiwanie to czasem może trwać całe życie i nie zawsze znaleźć musi spełnienie. W powieści „Miłość w czasach zarazy” Gabriela Garcii Marqueza, jednej z najwspanialszych XX wiecznych książek o oczekiwaniu, Florentino Ariza musi czekać do późnej starości by znaleźć spełnienie w ramionach wytęsknionej kochanki, Ferminy Dazy. Można powiedzieć – banał, niczym z Harlequina, ale w powieści Marqueza oczekiwanie miłości dalekie jest od czystości. Florentino to kobieciarz jakich mało, który erotycznymi podbojami przez lata wypełnia emocjonalną pustkę. Raz jeszcze zacytuję Kunderę, gdyż jego bystre spostrzeżenie pasuje doskonale do bohatera książki kolumbijskiego Noblisty: „Kochać się z kobietą i spać z nią to dwie namiętności nie tylko różne, ale prawie przeciwstawne. Miłość nie wyraża się w pragnieniu spółkowania (to pragnienie dotyczy przecież niezliczonej ilości kobiet), ale w pragnieniu wspólnego snu (to pragnienie dotyczy tylko jednej jedynej kobiety)”. Fermina w czasie gdy Florentino spółkuje niezliczoną ilość razy (a właściwie policzoną, bo rejestruje w zeszycie te kobiety z buchalteryjną dokładnością), spędza spokojne lata u boku szanowanego męża. W młodym wieku odrzuciła zakochanego w niej Arizę, kierując się rozsądkiem i pozycją towarzyską. Mogą się połączyć dopiero gdy kobieta zostaje wdową. I na koniec podsumuje lata spędzone z mężem słowami: „To niewiarygodne, jak można czuć się szczęśliwą przez tyle lat, mimo tylu kłótni, tylu upierdliwości i tak naprawdę kurwa, nie wiedzieć, czy to miłość czy nie”. I jeszcze jeden cytat z Marqueza, który doskonale pasuje do tematu: „Miłość staje się głębsza i szlachetniejsza w nieszczęściu”. Czy zawsze? Ucieczka Nie ma nic gorszego gdy w miejsce szczerych uczuć wkrada się litość, jak to ma miejsce w znakomitej, choć przygnębiającej powieści Stephena Zweiga „Niecierpliwość serca”. Niepełnosprawna dziewczyna zakochuje się w przystojnym poruczniku dragonów. Wojak nie odwzajemnia jej uczuć, ale litość nie pozwala mu na całkowitą szczerość. Mimochodem zwodzi ją, oszukuje, plącze się w spirali uników, dziewczyna zaś umiera z niepewności i tęsknoty. „Istnieje litość dwojakiego rodzaju: jedna małoduszna i sentymentalna, która właściwie jest tylko niecierpliwością serca pragnącego się jak najszybciej uwolnić od przykrych wzruszeń, wywołanych przez cudze cierpienie – nie jest to wcale współczucie, lecz instynktowne odsuwanie cudzego cierpienia od własnej duszy” – pisał austriacki pisarz, którego życie emocjonalne również było rozedrgane, w 1942 roku wspólnie z żoną Lottą popełnili samobójstwo. Ucieczka przed nieodwzajemnionymi uczuciami, przed pragnieniem drugiej osoby, jakże często prowadzi do tragedii, jaka stała się udziałem Edyty z powieści Zweiga. Jednocześnie uczucia mogą zarówno uzdrawiać, jak i zniszczyć, wysuszyć człowieka. Nie należy igrać z miłością, a zwodzenie zakochanej często jest najgorszym z możliwych rozwiązań. Choć dusza ludzka jest tak niejednorodna, że dobrego lekarstwa na rozczarowania próżno szukać. Udręka Tytułowa bohaterka „Wyboru Zofii” Williama Styrona przeszła piekło Oświęcimia. Los rzuca ją po wojnie do Stanów Zjednoczonych, gdzie na nowo próbuje poukładać życie. Jest silna, a jednocześnie niesłychanie rozedrgana, potrafi znieść cierpienia, ale nie umie budować już niczego trwałego. Przeżyła, ale żyć nie potrafi. Cieszy się chwilą, ale długa perspektywa ją przeraża. Miłość jest dla niej wielką namiętnością, niemalże szaleństwem, zwłaszcza w sferze doznań fizycznych, jednak podporządkować się psychicznie miłości – nie, to dla niej niemożliwe. W dodatku Zofia wiąże się z neurastenicznym Żydem, Nathanem. Ich związek to amplituda seksualnych szczytowań i psychicznych depresji, więcej w nim wzajemnego zadręczania się niż radości. Opętani seksem, ale w tym opętaniu znajdziemy pierwiastki sado-masochistyczne. Cieniem kładą się mroki przeszłości, ale i sprawy bieżące pozostają nieczyste, swoisty trójkąt w jakim żyją Zofia, Nathan i ich młody amerykański przyjaciel Stingo nie może pozostać bez wpływu na ich losy. Namiętność kończy się tu podwójnym samobójstwem, unicestwieniem, przekreśleniem szans na odmianę losu. W powieści Styrona poraża wszechobecna beznadziejność, matnia, z której nie ma ucieczki. A przecież jest to matnia uczuć. Miłość jako udręka, seks jako gwałt, związek jako niewola. Zaborczość W niewoli uczuć, tym razem matczynych, jest także bohaterka „Pianistki”, nagrodzonej literacka nagrodą Nobla austriackiej skandalistki Elfriede Jelinek. Erica Kohut znajduje perwersyjną przyjemność w poniżeniu, natomiast zaborczość jej matki przybiera wymiar sadystyczny. Uzależniona od matki trzydziestopięcioletnia kobieta nie może rozpocząć własnego życia z mężczyzną. Targają nią lęki, jest niesamodzielna, jej symbiotyczny związek z matką sprawia, że żadna z kobiet nie funkcjonuje bez tej drugiej. Miłość i nienawiść są tu nierozróżnialne, podobnie jak agresja i współczucie. Przeraża okrucieństwo tej relacji, zresztą podobnie jest np. w „Amatorkach”, innej książce Jelinek, skrzywdzona psychicznie osoba nie jest w stanie nie tylko znaleźć szczęścia, lecz nawet wytchnienia. Ból jest permanentny, w „Pianistce” zadawany zresztą przez wszystkich uczestników dramatu, włączając w to ucznia tytułowej bohaterki, Waltera Klemmera, z którym Erica próbuje nawiązać romans. W czytelniku toksyczne relacje rodzinne z powieści Jelinek budzą słuszny wstręt, jak wszak wszystko, co dotyczy przemocy o podłożu seksualnym. Literatura ma jednak tę moc, że czasem potrafi czarem języka i metafory uchronić odbiorcę przed ohydą (przykładem choćby powieść „Gwałt” Joyce Carol Oates), ale czasem poraża bezpośredniością i gwałtownością, w czym Jelinek niewątpliwie przoduje (choć też trzeba przyznać, że nie jest w tym naturalistycznym traktowaniu przemocy odosobniona, weźmy choćby twórczość Williama Faulknera czy wspomnianego wcześniej Williama Styrona). KazirodztwoInnym tematem tabu, obok przemocy w rodzinie, jest kazirodztwo. Temat obecny w literaturze przede wszystkim za sprawą Sofoklesa, który jest punktem odniesienia dla wielu późniejszych dzieł. Król Edyp, jak pamiętamy, zamordował swego ojca i poślubił matkę. Ale temat kazirodztwa znajdujemy także w Biblii, w Księdze Rodzaju córki upajają Lota, współżyją z nim, a następnie rodzą mu dwóch synów. Bezpośrednim efektem kazirodztwa w literaturze niemal zawsze jest kara, jaka spada na występnych kochanków. Nie inaczej jest w powieści Maxa Frisha „Homo Faber”, choć tu do kazirodczej namiętności dochodzi przypadkiem, bez wiedzy ojca i córki, których przypadkiem los spotyka po latach całkowitej rozłąki. Inżynier Walter Faber jest nieświadomą ofiarą przeznaczenia, podobnie jak Edyp, o kazirodczym związku ze swą córką dowiaduje się po fakcie. W dodatku jest już za późno, dziewczyna umiera. Ale inżynier Faber płaci cenę za swoją pychę, samolubstwo, a także chorobliwy racjonalizm. „Dzieci są czymś czego pragniemy albo nie pragniemy. To śmieszne nazywać przeznaczeniem coś, co płynie z mechaniczno-fizjologicznego przypadku, to niegodne współczesnego człowieka” – mówi bohater, by na koniec przyjąć na siebie podwójny ciężar, winę za miłość, której nie chciał i za śmierć, której nie mógł przewidzieć. „Homo Faber” to jedna z najsmutniejszych książek o niesprawiedliwości ludzkiego losu. Ale także o nieprzewidywalnej sile uczucia. Pedofilia Na niesprawiedliwy los nie mógł uskarżać się – przynajmniej do czasu – Humbert, przebiegły w swoim występku bohater „Lolity” Vladimira Nabokova. Uprowadzając swoją dwunastoletnią pasierbicę Humbert wszystko doskonale planuje, w imię miłości gotów jest wyrzec się dotychczasowego życia, stać się wiecznym uciekinierem (zupełnie niezależnie nasuwa się tu historia Romana Polańskiego), na dodatek bohater decyduje się żyć w ciągłym strachu – nie tylko przed karą, ale także przed utratą swej drogiej Lolity. Utrata następuje nagle, dziewczyna – wcale nie bez winy – ucieka z innym starszym mężczyzną, ale tak naprawdę Humbert od początku wie, że będzie ją tracił... wraz z upływem lat, gdyż kocha w niej piękno dziewczęcego ciała, które z czasem stanie się ohydnym mu ciałem dojrzałej kobiety. Nabokov cudownie potrafił odmalować dziewczęce wdzięki, kuszenia i zaloty (literackim pierwowzorem była nowela Nabokova pt. „Czarodziej”, gdzie jeszcze bardziej uwypuklony został zachwyt dziewczęcością). W rezultacie czytelnik na równi potępia pedofila Humberta, co współczuje mu. Jego chora, obsesyjna miłość, okazuje się być nie tylko szczera, ale też zaskakująco trwała. Dziewczątko zaś z ofiary przeistacza się w cyniczną rozpustnicę, która zaczyna bawić się ze swoim oprawcą-opiekunem. Obydwoje są psychicznie pokaleczeni, w istocie obydwoje godni współczucia. „Lolita” pokazuje jak rozmaite mogą być oblicza „złej” miłości – czasem na pozór zupełnie niewinne (odwrotną sytuację – uwodzenia młodych chłopców przez doświadczoną kobietę znajdziemy m.in. w „Tramwaju zwanym pożądaniem” Tennessee Williamsa). Profanum Czasem ta „zła” miłość skrywa się nie tylko pod niewinnym dziewczęcym uśmiechem, lecz także pod koloratką czy habitem. Temat boleśnie eksploatowany w ostatnich latach przez media w związku z wykorzystywaniem nieletnich (obydwojga płci) przez osoby duchowne. Moralny dramat wielu księży katolickich, których obowiązek celibatu stawia często w obliczu trudnego wyboru. Cóż, kiedy „vita est iter ad mortem” (życie to sztuka wyboru), a wybór pomiędzy seksualnością a moralnością jest jednym z najpospolitszych. W tym przypadku pikanterii dodaje jedynie specjalna rola społeczna jaką odgrywa ksiądz (ale i nauczyciel czy terapeuta), a także rygor samego Kościoła. W kulturze popularnej miłość skrywana pod sutanną najlepiej została przedstawiona w ckliwym serialu „Ptaki ciernistych krzewów”, który zrealizowany został na podstawie bestsellerowej powieści australijskiej pisarki Colleen McCullough. Powieści odwrotnie ambitnej do jej popularności, dodajmy. Warta bliższej uwagi jest jednak inna powieść z duchownym w roli głównej – „Elias Portolu”, włoskiej Noblistki Grazii Deleddy. Jej proza przesycona jest humanizmem, główne wątki to mroczność duszy, kłamstwo, zdrada, cudzołóstwo, nieumiejętność podejmowania decyzji, ucieczka, strach. „Elias Portolu” (tytuł stanowi zarazem imię i nazwisko głównego bohatera) to wstrząsająca historia nieszczęśliwej miłości, rywalizacji dwóch braci o ukochaną kobietę. Jeden z braci, by oddalić od siebie zgubne pożądanie, zostaje księdzem. Niewiele to jednak zmienia, żądze biorą górę, jego egoizm i brak zdecydowania prowadzą do nieszczęścia. „Lepiej być dobrym człowiekiem, niż złym księdzem” – mówi jeden z bohaterów tej powieści. Tytułowy bohater nie potrafi jednak skorzystać z tej rady. Pozostaje w grzechu, zmagając się z własnym sumieniem. I pogrąża za sobą wszystkich wokół, niszczy w strachu ukochane sobie osoby, samemu nie znajdując spokoju w duszy... bo serca chyba nie ma. Zdrada Jak w życiu, tak i w literaturze, zdrada pojawia się często. I gryzie niejedno sumienie, by gdzie indziej stać się rutyną lub wręcz chorobliwym nałogiem, czy neurotycznym sposobem na ucieczkę od lęków. „Małżeństwo to w najlepszym wypadku gwarantowany bodziec do emocjonujących skoków na boki” – pisał Philip Roth. Swego rodzaju literackim królem zdrady pozostanie zapewne Swidrygajłow ze „Zbrodni i Kary” Dostojewskiego (jak mówił o nim inny bohater książki, Porfiry Pietrowicz: „Spośród ludzi tego pokroju jest to najbardziej wyuzdany, upadły, w występkach pławiący się człowiek”). Temat wyeksploatowany został jednak do granic trywialności we wszystkich niemal melodramatach, oczywiście zdradzie towarzyszą zwykle kłamstwa, w końcu karty zostają odkryte, a kochanek czy kochanka napiętnowani, ewentualnie miłość w nieprawym łożu rozkwita i to ona jest prawdziwie piękna. Bo przyjęło się uważać, że zdrada dokonuje się potajemnie i że musi towarzyszyć jej fałsz. Co jednak, jeśli zdrada kpi sobie z miłości, jest jawna, bluźniercza, sadystyczna? Tak właśnie dzieje się w małżeństwie Riccarda i Emilii, bohaterów „Pogardy”, znakomitej książki włoskiego pisarza Alberto Moravii. W „Pogardzie” przewrotnie odwrócone zostają role, jakie zwykli byśmy przypisywać płciom. Bo nie dość, że tu mężczyzna jest zdradzany, to na dodatek wyzbyty resztek godności gotów jest skamleć o miłość, przymknąć oko na wszystkie grzechy swej żony, błagać o jej uczucia. Poświęca jej się bez reszty, a im bardziej się poświęca, tym kobieta mocniej nim gardzi. Wyrzuca mu tę pogardę prosto w oczy. Czyż może być większe upokorzenie? Czym wobec takiej pogardy jest zwykła skrywana, rodząca wyrzuty sumienia zdrada? Straszliwy upadek i wspaniała literatura, Moravia mistrzowsko przedstawia rodzące się uczucie nienawiści, jedynej – poza obojętnością – broni, jaką w takiej sytuacji dysponujemy. Ale pojawia się tu także uczucie rozpaczy, gdy okazuje się, że nienawiść jest nie dość silną by uporać się z miłością. Perwersja Mistrzowsko uczucia zrodzone na granicy zazdrości i pożądania potrafił przedstawiać Henry Miller. Zarówno trylogia „Różoukrzyżowanie” jak i „Zwrotnik Raka” czy „Zwrotnik Koziorożca” aż kipią od emocji podsycanych seksualnym napięciem. Wszak, jak pisał Miller, „Seks jest jednym z dziewięciu powodów reinkarnacji. Pozostałych osiem jest bez znaczenia”. Istotnie, miłość bez seksu współcześnie wydaje się być czymś przynależnym raczej metafizyce, sprawom duchowym, niż doczesności. O tym, że słowa potrafią doskonale oddać napięcie seksualne pomiędzy kochankami przekonujemy się nie tylko z kart powieści Millera. Dla mnie mistrzem w tej dziedzinie jest hiszpański prozaik Antonio Muñoz Molina. Cóż, zapewne wielu bardzo by chciało przeżyć miłosne uniesienie tak, jak autor „Nieobecności Blanki” je opisuje. Z niezwykłą czułością, delikatnością, ale i fascynacją pięknem, której nie odda nigdy pornografia. Tę czułość, ale i siłę pożądania znajdziemy też na kartach prozy Portugalczyka José Saramago, Brytyjki Jeanette Winterson czy choćby naszej Marii Nurowskiej (np. „Rosyjski kochanek”). Za tą czułością zawsze gdzieś w tle skrywa się jednak lęk, jakby prognoza przyszłego bólu, jakby wzniosłe uczucie nie mogło obyć się bez upadku. Często gdzieś w kącie skrywa się też perwersja, nieumiejętnie zamaskowana erotyczną grą i miłosnymi wyznaniami. Tak jest choćby w przygnębiającej „Hańbie” południowoafrykańskiego Noblisty Johna Maxwella Coetzee, w której profesor akademicki wdaje się w gorszący romans ze swoją studentką. Podobnie jest w powieści Philipa Rotha „Konające zwierzę”, tu jednak perwersyjne uwielbienie kobiecego ciała staje się obsesją starzejącego się bohatera, obsesja seksu prześladuje zresztą autora „Kompleksu Portnoya” od chwili jego literackiego debiutu... a pewnie i od dzieciństwa. Rotha interesuje przede wszystkim przekraczanie kulturowych barier, to jednak najczęściej prowadzi do wyuzdania. Chociaż... czym dzisiaj, w dobie Internetu jest wyuzdanie, kiedy w formacie DivX możemy pobrać film pornograficzny, którego bohaterowie kopulują ze zwierzętami lub urządzają dzikie orgie z wykorzystaniem sado-masochistycznego instrumentarium. „Malowany ptak” Jerzego Kosińskiego dziś nikogo by nie gorszył, a Henry Miller ze skandalisty stał się klasykiem. To jednak, co w filmie porno będzie zwyczajnie wulgarne, w literaturze potrafi nęcić i uwodzić finezją opisu. Tak też jest z opisami nieczystych igraszek starzejącego się profesora i jego młodej kubańskiej studentki z obfitym biustem, bohaterów „Konającego zwierza”. Scena, w której stary mężczyzna klęka przed dziewczyną by zlizać jej z ud strużki krwi menstruacyjnej jest bez wątpienia perwersyjna, ale niesie też wielki ładunek emocji, ciepłych uczuć. „Kiedy pieprzą się psy, wygląda to na sytuację czystą. Tutaj, myślimy sobie, panuje czysty seks – między zwierzętami. Ale gdyby tak z nimi o tym pogadać, okazałoby się pewnie, że nawet wśród psów trafiają się, w psiej formie, patologie tęsknoty, uwielbienia, zaborczości, może nawet miłości” – pisze Roth i warto zwrócić uwagę na określenie tęsknoty jako patologii. Jego bohater pyta sam siebie: „To pragnienie. Ten zamęt. Czy nigdy się nie skończy? Chwilami sam nie wiem, czego mi tak bardzo brak. Jej biustu? Jej duszy? Jej młodości? Prostoty jej umysłu? A może jest jeszcze gorzej – może teraz, gdy jestem coraz bliżej śmierci, w głębi duszy pragnę też nie być wolny”. To z takich pytań jak te, rodzi się właśnie „zła” miłość. Ale czy przynajmniej części z nich nie zadawaliśmy sobie choćby kilka razy na przestrzeni lat? Z takich pytań rodzi się świetna literatura. A literatura, jak wiadomo, karmi się życiem. |