Pamiętam, że będąc jeszcze małym berbeciem, uwielbiałem odpusty. Zjeżdżało się wtedy mnóstwo kramarzy, którzy rozkładali w okolicach kościoła swoje stoiska i handlowali najróżniejszymi słodyczami oraz zabawkami. Wśród nich były oczywiście i kapiszony – ulubiony produkt męskiej części klienteli. Gdy wspominam to teraz, nie mogę zrozumieć ich fenomenu. Przecież to tylko chwila huku, zapach siarki, trochę dymu, który szybko rozpraszał się w powietrzu... i po zabawie. Właściwie nie zostawał po niej nawet najmniejszy ślad. W tę sentymentalną podróż do kraju dziecięctwa zabrała mnie najnowsza książka Łukasza Gołębiewskiego „Bomba w windzie” i była to chyba jej największa zaleta. Poza tym prezentowała się, jak ten odpustowy kapiszon – krzykliwa promocja, sporo hałasu i dym rozpływający się w powietrzu. Nic więcej... Chciałbym napisać „powieść Gołębiewskiego traktuje o...” jednak byłoby to spore nadużycie. W przypadku „Bomby w windzie” mamy do czynienia raczej z opowiadaniem: ot nieco ponad sto dwadzieścia stron małego formatu zadrukowanych dużą czcionką i poprzetykanych obrazkami. Plus taki, że da się przeczytać w krótkim czasie. Minus – rozrywka szybko mija, a do tego jest wątpliwa. Szczególnie jeśli ma się świadomość, że na te parę kartek wydało się jednak prawie dwadzieścia pięć złotych. Osobiście wolałbym za te pieniądze pójść do kina, teatru albo dołożyć trochę grosza na książkę, która zajmie mnie na dłużej, a przede wszystkim powie mi coś ważnego. Do rzeczy jednak. Przedstawiona jest nam historia Richarda Burtona – z pozoru przeciętnego Anglika, który znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Oto w budynku, w którego windzie aktualnie przebywa wybucha bomba (tak przynajmniej twierdzi), a on po bliżej nieokreślonym czasie budzi się uwięziony w ciasnej kabinie zaklinowanej gdzieś pomiędzy ścianami szybu. Przy sobie ma tylko trzy papierosy, przybory do pisania i kilka innych bezużytecznych przedmiotów. Żeby nie zwariować w swoim, co by nie mówić, trudnym położeniu zaczyna spisywać, a raczej zmyślać własny życiorys. Okazuje się, że niemal wszyscy ludzie z jego bliskiego otoczenia zginęli w tragiczny sposób, a on sam wiódł na przemian życie anarchisty-wagabundy i ascety. Niby ciekawy pomysł na fabułę, tylko co z tego jeśli nie został zrealizowany? Refleksje egzystencjalne czy teologiczne, że tak górnolotnie je nazwę, są nader płytkie, a opisy ciągłych nakrotyczno-alkoholowych libacji oraz seksualnych przygód szybko się nudzą. Poza nimi zaś w książce jest naprawdę niewiele. I choć w końcówce Gołębiewski próbuje ratować sytuacje niespodziewanym zwrotem akcji, jakby chciał nam przekazać, że liczy się tylko to, co powiedziane, że wszystko istnieje tylko w języku, a język przecież może kłamać, to nie udaje mu się to. Mało tego, przez ten zabieg, ta krótka przecież książka zaczyna po prostu coraz bardziej nudzić i czytelnik czeka na zakończenie, mechanicznie przewracając kolejne kartki. Przewraca, przewraca, książka się kończy, odbiorca ją zamyka i po kilku chwilach zapomina. Nim to nastąpi pozostaje mu wrażenie, że lektura jest nieskładna, pisana na szybko, jakby na kolanie. Można oczywiście snuć teorie, że jest to zabieg mający imitować sytuację, w jakiej znalazł się Burton, ale mnie one nie przekonują. Szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę ostatnie trzydzieści stron książki, których nie chcę zdradzić, bo ów wspomniany zwrot wydarzeń pozwala na chwilę wyrwać się ze znużenia. Niestety tylko po to, by zaraz znowu się w nie zatopić. No i cóż – jak na gościa zamkniętego w ciemnej windzie, z licznymi uszkodzeniami ciała Burton snuje całkiem logiczny i składny wywód... Szkoda, że zbyt składny by uwierzyć w jego sytuację i za mało, żeby styl książki nie irytował. Pomysł był więc dobry i na fabułę i na metajęzykowe zabiegi, które mogły okazać się naprawdę ciekawe. To jednak po prostu za mało. Książka jest jak ów odpustowy kapiszon – chwila zabawy dla chłopców, a potem zapach siarki, dym i nic więcej. Niestety nic więcej. Z materiału na dobrą powieść wyszło słabe opowiadanie. |