Bogdan Klukowski na łamach "Poradnika Bibliotekarza" nr 6/2008 zamieszcza rozważania pt. "Czy śmierć książki?" pisane po lekturze No Future Book.
Jak wiadomo, każda epoka ma swoje strachy. Najpierw straszono ludzi książki powszechnie rozwiniętym radiem, potem telewizją, wreszcie informacją elektroniczną i produktami offline i wreszcie Internetem, czyli produktami online. Kilka lat temu Bill Gates zapowiadał śmierć prasy drukowanej, ale jakoś tego nie widać; jej wydawcy dołączają do swoich tytułów – o zgrozo – drukowane książki. Ba, książka, jako produkt, który się nie psuje, jest oferowana w sprzedaży przez nową ekonomię (e-economy) i handel (e-commerce) chętnie zajął się sprzedażą książek, czego spektakularnym przykładem jest stworzona w 1995 r. przez Jeffa Bezosa globalna księgarnia Amazon.com. Doszukiwanie się śmierci książki w takim zdarzeniu, osiągającym miliardowe obroty ze sprzedaży książek drukowanych jest nieuzasadnione. Książka kodeksowa została wymyślona o tysiąclecie wcześniej niż sam druk, pierwotnie były to pudła ze zwojami i wreszcie z kartami papieru. Zaczęła się rozwijać jako poręczne narzędzie do wspomagania rytuałów religijnych chrześcijaństwa (modlitewniki, mszały, kancjonały, pieśni nabożne) i utrwalania wiedzy człowieka o sobie i otaczającej go rzeczywistości. Wystarczyło ją trzymać pod sutanną lub za pazuchą i wyciągnąć na zewnątrz w odpowiednim momencie. I tak to trwa do dziś. Ponieważ naszym współczesnym fetyszem jest gospodarka i nauka, Internet zaczęto zagospodarowywać tworzonymi bazami danych o tematyce ekonomicznej i naukowej. Jednak przywiązanie do tekstu drukowanego jest tak duże, że aby porządnie przeczytać to, co zostało znalezione w Internecie, chętnie go sobie drukujemy przy użyciu inteligentnej i szybkiej drukarki, która od lat towarzyszy komputerom. Dotyczy to tekstów niezbyt obszernych, haseł encyklopedycznych, aktualizowanych codziennie serwisów informacyjnych, ale też i całych książek, zamawianych przy pomocy Internetu w firmach świadczących usługi druku na zamówienie. W Europie i USA rozwinął się „rynek” książek book on demand, przy pomocy którego w ciągu kilku godzin posiadacz Internetu może otrzymać zamówioną książkę: zarówno będącą na składzie hurtowni, jak i taką, którą wydał mały wydawca w niewielkim nakładzie. Internet nie nadaje się do wielogodzinnego czytania, już bardziej do poszukiwania czegoś ciekawego i do oglądania. Można go, w niczym nie ujmując, porównać do prasy kolorowej, którą się bardziej ogląda niż czyta. Nieodżałowanej pamięci Stanisław Lem, budowniczy fabularnych światów wirtualnych, nazwał Internet śmietnikiem. Czasem zabawnym, gdy wykorzystują go do własnych celów i tekstów politycy jako bloggerzy, kiedy indziej groźnym, gdy służy do szerzenia wciąż obecnej w naszej kulturze wieloaspektowej nienawiści i niczym nie usprawiedliwionej pedofilii. Można powiedzieć, że w druku też można być nienawistnym i obleśnym. Prawda, ale nie da się swoich obsesji bezkosztowo przekazywać innym. A w Internecie – hulaj dusza! Od lat Umberto Eco twierdzi, że przy pomocy Internetu możemy się zabawiać hipertekstowo, tworzyć różne i dowolne warianty fabularne światowej klasyki literackiej lub fałszować znane od stuleci encyklopedie, a dodatkowo podawać niesprawdzone informacje do Wikipedii. A przy tym wszystkim kolejni twórcy Internetu starają się naśladować książkę: stąd m.in. dodawane dźwięki szelestu kartek, towarzyszące przeglądaniu w Internecie ucyfrowionych rękopisów i starodruków będących w zasobach wielkich bibliotek świata. Czyżby rewolucja, którą nam przygotowali wynalazcy elektronicznej komunikacji była kontynuacją wynalazku prasy drukarskiej przez niejakiego Jana G. z Moguncji? Ktoś nawet napisał, że współczesne narzędzia komputerowo-internetowe można porównać do wielofunkcyjnej i wielokolorowej kopiarki. Komputer okazał się poręcznym narzędziem do składu i redakcji tekstów przygotowywanych do druku i w tej roli wielu nas już nie wyobraża sobie maszyny do pisania i „składu gorącego” nawet na najbardziej wyszukanych linotypach. Natomiast Internet jest bardzo atrakcyjny dla pojedynczego człowieka, szybki i pojemny od strony zawartości i nie można go lekceważyć w edukacji i całym życiu społecznym. Budowane przewodniki i mapy wędrówek w elektronicznej przestrzeni wraz z gotowymi propozycjami rejestracji i identyfikacji wszystkich produktów elektronicznych, pozwolą na racjonalne i pożyteczne korzystanie z narzędzia, które sobie wymyśliliśmy. Na dodatek ułatwia życie bibliotekarzom a sprawne komputery czynią przyjemnym nawet sam proces katalogowania. A napisałem to, co powyżej dlatego, że (bez Internetu!) natrafiłem na świeżą publikację znanego w branży książkowej dziennikarza i autora dwóch powieści – Łukasza Gołębiewskiego. To intrygujący tytuł: „Śmierć książki – No Future Book”. Autor kreśli obraz nowych ludzi, żyjących za pan brat z Internetem. To ciągle atrakcyjna i nowoczesna zabawka, która zmienia człowieka, tak jak przesiadka z karety do samochodu. Wydaje się jednak, że za chwilę wszyscy będą żyć w towarzystwie nowych technologii. Ludzkość tak się do tego przyzwyczai, że zapragnie nawrotu do tego, co ma urok patyny i przeszłości. Może dlatego biblioteki, muzea i teatry przetrwają, niektóre mają przecież kilka tysiącleci. Nie bójmy się Internetu, ale bójmy się razem z Gołębiewskim o książkę kodeksową, o tradycyjne księgarnie, bo to doświadczenia wielu pokoleń. Może nasi następcy, e-ludzie, nie uczynią nam i sobie krzywdy, ta niegroźna e-zabawa za chwilę ich znudzi.