Magazyn „Print & Publishing” w numerze 7/2008 zamieścił relację z imprezy promocyjnej No Future Book jaka towarzyszyła Międzynarodowym Targom Książki w Warszawie. Poniżej zapis relacji pióra Grażyny Kolanowskiej.
Czarna wizja Łukasza Gołębiewskiego Czyżby śmierć książki (?) W czasie majowych Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie zorganizowano konferencję prasową, w czasie której zaprezentowano wydaną nakładem Biblioteki Analiz publikację Łukasza Gołębiewskiego pod bulwersującym tytułem „Śmierć książki – no future Book”. Autor przedstawił powody, które doprowadziły go do napisania tego eseju, a biorący udział w dyskusji, zaproszeni przedstawiciele wydawców, dystrybutorów i drukarzy, dzielili się ze słuchaczami swoimi przemyśleniami na temat czarnej wizji końca książki papierowej. Autor już we wstępie do swojej książki dzieli się mieszanymi uczuciami: „Śmierć książki to tytuł, mam tego pełną świadomość, prowokacyjny. Sam bowiem nie wierzę, że książka – jako utrwalona myśl ludzka – może zginąć. Zmienić się może jednak jej nośnik, co – według mnie – pociągnie za sobą ogromne reperkusje kulturowe, edukacyjne i ekonomiczne. Wraz ze śmiercią książki w jej dotychczasowej, drukowanej postaci, głębokim przeobrażeniom ulegnie rynek wydawniczy i księgarski, zmieni się rola bibliotek, zmianie ulegną preferencje i kompetencje czytelnicze, zmieni się nasz sposób obcowania z kulturą, a w szczególności z tekstem, w tym także tekstem literackim”. Wszyscy obecni na spotkaniu zgodzili się z takim punktem widzenia – nadchodzą zmiany i są tak silne, że można je przyrównać do kolejnej trzeciej rewolucji kulturowej – pierwszą spowodował wynalazek pisma, drugą – wynalazek druku i oto mamy do czynienia z trzecią – wywołaną wynalazkiem zapisu cyfrowego i Internetu. Zmiana roli Redaktor Jarosław Lipszyc powiedział, że główna zmiana, którą wprowadza digitalizacja polega na „wycięciu pośredników” pomiędzy autorem a czytelnikiem. Jeśli autor sam umieści tekst swojej książki w Internecie to wydawca, drukarz, dystrybutor i księgarz okażą się zbędni. Chyba, że znajdą dla siebie nową rolę... „Rolą wydawcy jest” – uważa Barbara Jóźwiak prezentująca WN PWN oraz portal ibuk.pl – znalezienie wartości dodanej skierowanej do czytelnika i do autora. Tylko wtedy wydawnictwo ma szansę nie tylko przetrwać ale rozwijać się korzystając z nowego narzędzia jakim jest Internet”. Elektronika i Internet mogą wręcz spowodować wzrost sprzedaży książek. Wychodząc naprzeciw klientom, PWN nie walczy z Internetem, bo można by to przyrównać do walki z własnymi czytelnikami, lecz spełnia ich oczekiwania, wydając kolejne, cieszące się ogromnym powodzeniem e-booki. Beata Gesche-Zbrożek z EMPiKu również nie rada w panikę z powodu futurystycznych wizji Gołębiewskiego. Podaje, że EMPiK stał się miejscem nie tylko sprzedaży książki, ale dużej mierze jej promocji. I taka rola jest aktualna bez względu na to czy książki będą wykonywane w wysokich nakładach na papierze, drukowane w pojedynczych egzemplarzach na życzenie, udostępniane plikach cyfrowych w sieci czy na nośnikach elektronicznych. Z księgarń i bibliotek mogą zniknąć regały ale pojawią się w to miejsce stanowiska komputerowe. Księgarze powinni więc nastawić się na pomoc czytelnikowi w poruszaniu się w gąszczu elektronicznej informacji. Nawet „najbardziej zagrożony”, czyli przedstawiciel drukarzy – Jarosław Szewczyk z Opolgrafu – stwierdził, że jego zdaniem przez najbliższych kilkadziesiąt lat drukowane książki nadal będą miały się bardzo dobrze. Prędzej gazety, zawierające krótkie a różnorodne informacje, skazane są na przejście do postaci cyfrowej. Chociaż i tej opinii przeczy przykład z powodzeniem sprzedającego się czasopisma dla użytkowników gier komputerowych. Jest drukowane, a przecież jego odbiorcy na pewno są za pan brat z komputerami. Ciągle jednak wygodniej jest czytać tekst na papierze. „Podobnie, jak druk cyfrowy był kreowany na pogromcę offsetu, a obecnie obie techniki druku egzystują zgodnie, tak postać elektroniczna – przynajmniej przez dość długi czas – będzie występować równolegle do klasycznej papierowej książki” – twierdzi Szewczyk. Kto zapłaci?! Po spokojnym i rzeczowym określeniu własnych wizji przyszłości książki przez osoby siedzące za stołem prezydialnym, w oczywisty sposób wypłynął temat praw autorskich i związanych z tym pieniędzy. I tu pojawiły się emocje nadzwyczaj silne. Rozgorzała burza głosów z sali, w większości głosów bardzo zaniepokojonych i, mówiąc delikatnie, bardzo krytycznych wobec obecnej rzeczywistości, w której za głównego wroga uznaje się... Internet! Pojawiły się stwierdzenia: „Internet służy do piractwa na masową skalę”, a dyskusja nad zmianami kulturowymi została sprowadzona do dysputy nad przyszłością biznesu czerpiącego zyski z książki i formułowaniu licznych pretensji. Bardzo prawdopodobne, że książka w swojej klasycznej, drukowanej postaci przetrwa na podobnej zasadzie, jak przetrwały lampy naftowe. Odkrycie energii elektrycznej niewątpliwie musiało wywołać spore zamieszanie wśród ich producentów i dostawców, bo jak pobierać opłaty za coś tak ulotnego jak prąd? Znaleźli się jednak ludzie, którzy wymyślili i wdrożyli konkretny sposób rozliczania i płacenia. I tak światło pojawiło się w domach – dzięki sieci właśnie, chociaż zaprzestano systematycznego chodzenia do sklepu po naftę. A lampy naftowe? Kupujemy tylko po to, by cieszyły nasze oczy i pięknie wyglądały na półce.