Kanał RSS
Najczęściej komentowane
1. Mrówa-punkówa
2. Złam prawo - fragment części II
3. Xenna na ekranie
4. Xenna - alternatywne zakończenie
5. Chaos i świńska skóra
6. Od Absyntu do Zarazy
7. Disorder i ja
8. Spotkanie autorskie we Wrocławiu
9. Bomba w windzie - nowe propozycje okładek
10. Sylwia
Strony partnerskie
Crass Zbuntowane Życie Penny Rimbaud
Gazeta Literacka
Kwartalnik Literacki Wyspa
Melanże z żyletką
Najlepsze przewodniki
No Future Book Śmierć Książki
Notes Wydawniczy
Rynek Książki
Urządzenia biurowe
Witold Horwath
Wydawnictwo Jirafa Roja
Wydawnictwo Primavera
Wydawnictwo Jirafa Roja
 
Recenzja czy paszkwil? Czwartek, 18 Grudnia, 2008
Witold Adamiec, Barbara Kołodziejczyk
  Artykuł kończący czteromiesięczną dyskusję na temat "Rynku książki w Polsce 1998", jaką onegdaj publikował "Notes Wydawniczy".
W listopadowym numerze „Notesu” znalazł się tekst pana Andrzeja Nowakowskiego zatytułowany Bronię Łukasza Gołębiewskiego. Dyrektor wydawnictwa Universitas broni Rynku książki w Polsce i jego autora przed opiniami, jakie przedstawiliśmy w numerze październikowym pisma, z którym mamy zaszczyt od paru lat współpracować. O tej recenzji i o nas pan Andrzej Nowakowski pisze jak najgorzej. O bronionej książce nie pisze natomiast, że jest dobra, bez zarzutu. Broni jej w sposób, który wydaje się nam przewrotny. Chce w istocie, byśmy wykazali, iż studium Łukasza Gołębiewskiego zasługuje na opinię gorszą niż ta, którą przedstawiliśmy. Chce, byśmy pomnożyli zarzuty, a uczynili to w sposób, który panu Nowakowskiemu bardziej by się podobał. Otóż nie damy się już namówić na dalszą —jak to pan dyrektor określił — zabawę w kopanego. Spełniamy tylko życzenie Redakcji, by odpowiedzieć na postawione nam zarzuty. Wyzwiska odpuszczamy ich Autorowi, albowiem chyba nie zawsze wie, co czyni.
Uważamy, iż przedstawione przez nas mankamenty książki Gołębiewskiego uprawniały po wielekroć do nazwania jej knotem wydawniczym. Czytelnicy „Notesu” pamiętają zapewne prowadzoną na jego łamach przez Marka Gumkowskiego „Czarną listę”. Trafiali na nią autorzy i wydawcy książek, które w porównaniu z dziełem przez nas recenzowanym mogłyby uchodzić za produkty niemal przyzwoite. Byłoby chyba niesprawiedliwością, gdybyśmy wobec Rynku książki w Polsce stosowali jakąś taryfę ulgową...
Przypuszczamy, iż oburzenie Andrzeja Nowakowskiego wynika po części z tego, że w czasopismach nie prowadzi się obecnie takich „czarnych list”, jak ta Marka Gumkowskiego; że unika się — dla świętego spokoju — publikowania recenzji, które byłyby nie tylko neutralnym streszczeniem, ale i oceną dzieła. Krytyczna recenzja staje się w
takiej sytuacji skandalem, jest mylona — jak to czyni Andrzej Nowakowski — z paszkwilem, czyli (według definicji słownikowej) utworem wymierzonym przeciw konkretnej osobie, ośmieszającym ją złośliwie w sposób insynuacyjny, obelżywy i zniesławiający, aby skompromitować ją w oczach opinii publicznej.
Zgadzamy się z panem Andrzejem Nowakowskim, że nasz — jak pisze — jedyny poważniejszy zarzut powiedzielibyśmy raczej: stwierdzenie, uwaga), iż Łukasz Gołębiewski pomija większość społeczno-kulturalnych i politycznych aspektów sytuacji książki w Polsce, uwzględniając tylko część jej zagadnień ekonomicznych, rynkowych jest wyrazem oczekiwania na dzieło nieporównanie większe, ambitniejsze — lepsze po prostu. Sam nasz Oponent znalazł sposób uniknięcia rozczarowań, jakich — nie tylko nam — dostarczył Łukasz Gołębiewski. Jego obrońca sugeruje, iż może warto następne edycje książki zatytułować nieco skromniej, ale za to bezpieczniej. Gdyby do obecnego tytułu „Rynek książki w Polsce” dodać słowo „Rekonesans” lub „Wybrane zagadnienia” bądź „Zarys”, to taki [...] „uzupełniony „ tytuł byłby [...] bardziej adekwatny do zawartości dzieła. Gdyby jeszcze jego autor zechciał zdefiniować przedmiot swoich dociekań, zakreślić tematyczne ramy, to oburzony recenzent recenzji nie domagałby się może, by robili to recenzenci właśnie...
Pan Andrzej Nowakowski rekordem świata nazywa nasze uczciwe przyznanie się do braku takich kompetencji, jakimi mógłby się wykazać choćby on sam. Napisaliśmy, że nie będziemy wnikać w ustalenia Gołębiewskiego odnoszące się do przychodów ani w ich interpretacje, z prognostykami włącznie. Wyraziliśmy przy tym nadzieję, iż wydawcy i księgarze ocenią je nieporównanie lepiej, fachowo. W odniesieniu do Towarzystwa Autorów i Wydawców Prac Naukowych Universitas nadzieja ta okazała się płonna.
Dyrektor sporego, szacownego wydawnictwa, którego nazwa w książce Gołębiewskiego pojawia się dwukrotnie (raz w nawiasowym wyliczeniu, raz w tabeli posiadaczy stron internetowych), mógł był — jak przypuszczamy — odnieść się do owych informacji o przychodach, tytułach, nakładach, zyskach itp. Ograniczył się jednak do nieco dziwnego (jak na tekst apologetyczny) zdania, iż wiedza o wydawnictwach naukowych jest w rozważaniach Gołębiewskiego niewielka, ale jedna z tabel pozwala panu dyrektorowi usytuować wydawnictwo Universitas w odpowiednim miejscu listy rankingowej i w związku z tym podumać nad niedostatkiem [swojej] pracy.
Nie jestem taki głupi — zapewnia Andrzej Nowakowski — żeby napisać, co myślę o [...] wypowiedziach swoich prominentnych kolegów z branży. Mówią to, co chcą powiedzieć, a nie to, co ewentualnie byłoby interesujące... Mamy nadzieję, że nie zostaniemy uznani za oszczerców, jeśli wyrazimy przypuszczenie, iż pan Andrzej Nowakowski nie jest głupszy od swoich kolegów i też napisał tylko to, co chciał, choć może niekoniecznie to, co byłoby interesujące.
Czy nasz Polemista wyobraża sobie, że — nie znając takich tajemnic, jakie on sam skrywa — moglibyśmy wypowiadać się sensownie na temat liczb podawanych przez Łukasza Gołębiewskiego? Musielibyśmy chyba sprawdzać wszystkie informacje przez niego zdobyte. Tymczasem już redakcja „Wydawcy” odczuła na sobie negatywne skutki przedsięwzięć badawczych autora Rynku książki w Polsce. Część edytorów, do których Cecylia Ratyńska zwróciła się z ankietą na temat książek dla dzieci i młodzieży, odmówiła odpowiedzi, uzasadniając to niezadowoleniem ze sposobu wykorzystania informacji w książce, której pan Andrzej Nowakowski broni {Liczby mogą coś powiedzieć, „Wydawca” 10/98).
Nie zamierzamy ukrywać, że wierzymy, iż na przykład Jolanta Walewska wie o księgarskich aspektach rynku książki ze sto razy więcej niż my, którzy księgarnie znamy od klienckiej strony lady. Żałujemy, że dyskusja nad Rynkiem książki w Polsce, tak ciekawie zaczęta na wrześniowych Krajowych Targach Książki, nie rozwinęła się nigdzie poza „Notesem”.
Faktem jednak pozostają głosy takie, jak Moniki Szymańskiej z Wydawnictwa Uniwersytetu Wrocławskiego, która i na tych łamach (Królik przeżyje!, NW 12/1998) wyraziła odczuwaną przez siebie potrzebę solidnej erraty do książki Łukasza Gołębiewskiego.
Pan Andrzej Nowakowski, uznawszy naszą recenzję za tekst paskudny, obiecuje nam sławę niejaką. Jego zdaniem, już forma tej recenzji jest sama w sobie wdzięcznym tematem do analizy dla studentów szkół dziennikarstwa: stanowi bowiem kliniczny przykład wielostronicowego wodolejstwa i oratorskich popisów, które skrywają ubogi zestaw krytycznych argumentów.
Wielce Szanowny i Łaskawy Panie Dyrektorze! Jeśli już jest Pan tak władny i dobry, że nas do grona klasyków wprowadza, to niech Pan raczy pamiętać, by do naszej recenzji dołączyć tekst swojej apologii! Przyszli dziennikarze znajdą w niej trzy przykłady niedokładnego cytowania. Jeden z nich uważamy za niegodny naśladowania. Napisaliśmy, że do wstępu i trzech pierwszych rozdziałów, które łącznie zajmują prawie sto stron, mamy setki wątpliwości, zastrzeżeń, poprawek. Pan — rzekomo cytując — pisze, iż te setki wątpliwości mamy tylko do wstępu, który liczy stron cztery. Aż tak zły to ten wstęp nie jest. W owych setkach nie ma zaś żadnej przesady. W pierwotnej wersji recenzji deklarowaliśmy chęć przedstawienia Łukaszowi Gołębiewskiemu listy owych zastrzeżeń, a nawet przedyskutowanie ich. Wyperswadowano nam to jako naiwność, która mogłaby być poczytana za bezczelność. Obrończa filipika pana Nowakowskiego przekonuje, że nasi czytelnicy-doradcy mieli rację. Wycofujemy filuterną, zdaniem Andrzeja Nowakowskiego, figurę Ech, wołowej skóry by trzeba!... Wycofujemy, bo — jak się przekonaliśmy — dla co młodszych czytelników nie jest już ona zrozumiała. Użyliśmy jej nie dla pustego efektu, lecz po to, by wyrazić naszą bezradność wobec tego, co w książce Gołębiewskiego znajdowaliśmy. Jak wiadomo, w jednym zdaniu można zmieścić tyle głupstw, że książki by trzeba, żeby wykazać, iż są to głupstwa właśnie.
Ot, w Rynku książki w Polsce ledwie sześć wierszy liczy tabela 72. Procent produkcji wydawnictw sprzedawanych do hurtowni autor pogrupował następująco: 0-25, 25-50, 50- 75. Czy powinniśmy robić wykład z arytmetyki, by przekonać czytelnika recenzji, że w taki sposób tabel konstruować nie należy, bo gdzież umieścić wydawców, którzy hurtowniom sprzedają dokładnie 25 lub 50% swej produkcji — w przedziale 0-25, 25-50 czy 50-75? Nie jest to jedyna tak nielogiczna tabela. W tabeli 67., mającej zawierać zestawienie hurtowni pod względem liczby oferowanych tytułów, Łukasz Gołębiewski jedną rubrykę poświęca na... liczbę tytułów (w tys. egz.). Kto by wymyślił, że liczbę tytułów można wyrażać tysiącami egzemplarzy? W tej samej tabeli Gołębiewski pisze: popularno-naukowe, bo co mu tam ortografia!
Odnosimy wrażenie, iż Andrzej Nowakowski oczekiwał recenzji, jaką powinien był napisać kto inny, kiedy indziej i nie na użytek publiczny. Wydawca Gołębiewskiego powinien był zamówić recenzje wewnętrzne, wydawnicze i wykorzystać je sumiennie w trakcie pracy nad maszynopisem, przed odesłaniem go do drukarni. Dziwi nas, że dyrektor poważnego wydawnictwa jest tak skory do odpuszczania niebagatelnych usterek edytorskich tylko dlatego, że —jak sugeruje — dopuścił się ich redaktor. Ośmielamy się przy tym zapytać: czy w dzisiejszych wydawnictwach twórca dzieła nie ma już prawa do korekty autorskiej? I czy w trosce o końcową jakość tego dzieła nie powinien on takiej korekty zrobić? Nie uważamy się za misjonarzy, ale jesteśmy przekonani, iż szewc powinien pilnować kopyta, redaktor redagować, a korektor też nie może brać pieniędzy za samo umieszczenie jego nazwiska na stronie redakcyjnej książki. Nabywca ma zaś swoje konsumenckie prawo do otrzymania przyzwoitego towaru za cenę, jaką płaci.
Napisaliśmy: Szkoda, że Łukasz Gołębiewski nie wszystkich swoich rozmówców pytał —jak Andrzeja Chrzanowskiego — o ich czytelnictwo książek. Przypuszczaliśmy, iż gdyby pytał, to dowiedziałby się, że i w tej kategorii ludzi nie przedstawia się ono najlepiej. Andrzej Nowakowski, przytaczając fragment powyższego zdania, po słowie czytelnictwo umieszcza swoje sic! i pyta rozbrajająco: I co z tego? Nie zadaje też setek innych pytań. To prawda, że nie zadaje. Gorzej, że nie pisze, kiedy owe rozmowy były przeprowadzane i kiedy, w których numerach „Rzeczpospolitej” czy „Rzeczpospolitej i Książek” zostały wydrukowane.
Wbrew temu, co imputuje nam pan Andrzej Nowakowski, będziemy utrzymywać, że napisaliśmy recenzję książki Łukasza Gołębiewskiego, a nie paszkwil na jego osobę. Osoba ta nie potwierdzi chyba rewelacji pana dyrektora, że dostała od nas po łapach albo że — strach powtórzyć — została tak na odlew grzmotnięta w zęby... Jeśli i pan Nowakowski dostrzega w jej pisarstwie przejawy niedouctwa, to zapewniamy go, że nie byłby to — niestety — przypadek wyjątkowy. Sami brak wiedzy z rozmaitych dziedzin odczuwamy bardzo dotkliwie, ale — podobnie jak nasz Oponent — przynajmniej się staramy...
Staramy się też, by nasze pisanie o sprawach książki zasługiwało na uwagę czytelników inteligentnych, a więc takich, którzy w naszym wielostronicowym wodolejstwie i oratorskich popisach potrafią dostrzec coś więcej niż grzmotnięcie w zęby. Jeśli pisaniem swoim nie trafiamy w gust pana Nowakowskiego, to cóż? Przykro nam...
Mniejsza jednak o przykrość. Ważniejsze wydaje się porozumienie na poziomie słów. Nie pisaliśmy, że oburza nas brak informacji o nakładzie książki Gołębiewskiego i o jej cenie. Stwierdziliśmy te braki z niejakim zdziwieniem, bo zdawało się nam, że przede wszystkim komuś w rodzaju Łukasza Gołębiewskiego powinno zależeć na tym, by takie dane o książce były w książce specjalistycznej publikowane. Skoro od innych oczekujemy informacji o nakładach, przychodach itp., to może sami byśmy je upubliczniali?
Pan Andrzej Nowakowski pyta zaczepnie: Od kiedy to informowanie o nakładzie i podawanie ceny na okładce jest obowiązkowe? Jeśli taki z niego legalista, to odpowiedź jest prosta: od roku 1979 obowiązuje Polska Norma PN-78 N-01222/01, której - o ile nam wiadomo — odpowiednie władze nie odwołały. Norma ta wymaga m.in., by w metryce książki była uwidoczniona wysokość nakładu i cena jednego egzemplarza. Komunistyczne prawo? Ale prawo!
O pożytkach ze stosowania cen katalogowych dyskutuje co jakiś czas Polska Izba Książki. Nasz Polemista nie poniesie szkody, jeżeli poczyta sobie we wrześniowym „Notesie” artykuł Reginy Grędy O cenie katalogowej... Naszą pretensję wywołała dwoistość postępowania wydawcy recenzowanej książki — nieujawnienie ceny na niej, a ogłoszenie jej (ceny) w publikacjach reklamowych. W związku z tym pozostaje nasza uwaga o przeładowaniu Rynku książki... reklamami.
Ich obfitość pozwala przypuszczać, że zrekompensowały one znaczną część kosztów poniesionych przez wydawcę, a zatem cena nie musiała być tak wysoka, jak jest (50 zł). Oczywiście, zdajemy sobie sprawę z tego, że sprawcy książki mieli prawo zaproponować cenę dowolną. Naszą sprawą pozostaje przystanie na nią lub nie. Pan Andrzej Nowakowski nie przekonał nas, że Łukasz Gołębiewski i „Magazyn Literacki” zaoferowali nam rzecz wartą 50 zł za egzemplarz.
W małej dygresji pan Andrzej Nowakowski wyznaje skromnie: w jednym czuję się nieźle, a mianowicie „w temacie” bibliotek. Na dowód tego — za dobrego chyba — samopoczucia pada takie oto /s/twierdzenie: Wiedza [ale czyja? — W.A., B.K.] z tej dziedziny ciągle oparta jest na stereotypach, nieporozumieniach i nieznajomości podstawowych zasad gromadzenia zbiorów. Mają to poświadczać dodatkowo [...] analizy Gołębiewskiego, ale trzeba je umieć właściwie odczytać... Nasz Szanowny Polemista tę umiejętność jakoby posiadł, lecz nie chce dzielić się nią z Czytelnikiem, bo wie, jak na tej wiedzy można zarobić, a czyni to codziennie.
Zdaniem Andrzeja Nowakowskiego, nie wyjaśniliśmy, dlaczego 13 stron poświęconych przez Łukasza Gołębiewskiego bibliotekom i czytelnictwu nazwaliśmy dosyć dziwacznym rozdzialikiem. Oto stosowny fragment naszej recenzji:
Dziwi nas, że Łukasz Gołębiewski, traktujący o „rynku książki”, zdaje się wcale nie dostrzegać roli odgrywanej na tym właśnie rynku przez biblioteki jako nabywczynie książek, a niekiedy nawet ich sprzedawczynie, kolporterki, instytucje informujące o nich i promujące je. Nie wiedzieć czemu ogranicza on swoją uwagę do bibliotek publicznych, jakby nie zdając sobie sprawy z istnienia szkolnych, choć jest ich ze trzy razy więcej. Pominął Gołębiewski milczeniem biblioteki naukowe, uczelniane, które stanowią chyba najważniejszą klientelę firm importujących książki i czasopisma [notabene, wygląda na to, że firm takich na polskim rynku książki nie ma]. Mając w ręku [czyżby po raz pierwszy?] rocznik „Biblioteki Publiczne w Liczbach „, wyciągnął zeń mało istotne informacje o punktach bibliotecznych. Czy dla analityka przychodów kwoty wydawane na zakup nowości są mniej interesujące aniżeli... wykształcenie bibliotekarzy?
Jak te i inne uwagi powinny być sformułowane, byśmy zdołali ukontentować pana Andrzeja Nowakowskiego? Praktykowane przez niego czytanie z ołówkiem dobre jest, ale pod warunkiem, że czyta się dostatecznie uważnie. Nic nam do tego, na co nasz Polemista wydaje pieniądze. Może wykupić nawet cały nakład następnej edycji Rynku książki w Polsce. Z całą życzliwością doradzalibyśmy mu jednak przeczytać przedtem — i owszem, z ołówkiem! — edycję 98.
Źródło "Notes Wydawniczy" nr 1/1999
Komentarze czytelników
Dodaj własny komentarz
Brak komentarzy. Twój może być pierwszy!
Dodaj własny komentarz
Pola oznaczone (*) są wymagane.
Imie / pseudo *
Tytuł *
Adres email
Strona Web /
GG / Skype
Komentarz*
Wpisz liczbowo cyfrę jeden
Dodaj
alkohole antologie Bandyci Rodriguez Bomba w windzie Crass cytaty Disorder i ja film futbol Jarocin Jirafa Roja koncerty konkurs Krzyk kwezala kultura cyfrowa literatura Meksyk Melanże z Żyletką nauka Neurokultura No Future Book obserwacje opowiadania podróże pożegnania postawy punk recenzje rynek książki Spotkania autorskie statystyki Szerokopasmowa kultura We śnie wiersze Włochaty wywiady Xenna YouTube Złam prawo
AntyRadio - Radio BEZ Zasad
Landsberg Hardcore Crew
 
Creative
Commons License Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne 2.5 Polska
Aktualny PageRank strony xenna.com.pl dostarcza: Google-Pagerank.pl - Pozycjonowanie + SEO © 2007 Biblioteka Analiz Sp. z o.o.
Serwis optymalizowany do 800x600+ | IE/Mozilla FF | kodowanie iso-8859-2