W "Odrze" nr 12/1998 ukazała się recenzja pt. "Zachwiane proporcje" z "Rynku książki w Polsce 1998". Autorem był Jan Okopień.
Przed rokiem 1989 działało na polskim rynku książki ok. 100 wydawnictw państwo¬wych, obecnie zaś, według danych Biura ISBN Biblioteki Narodowej, działa 11 800 oficyn. Nawet zakładając, że przeważająca ich część to tzw. wydawnictwa efemerydy, powoływane częs¬to dla opublikowania jednej-dwóch pozycji, to i tak mamy do czynienia z imponującą liczbą, trudną do ogarnięcia dla kogoś, kto chciałby poddać ją dokładniejszej analizie. W tym kontekście na uznanie zasługuje odwaga i trud, jakiego nie szczędził Łukasz Gołębiewski podejmując w publikacji „Rynek książki w Polsce” ambitną próbę uporządkowania wiedzy o tym, kto i co w naszym kraju wydaje. Książka Gołębiewskiego ma dość szeroki zakres: obejmuje informacje o wielkości sprze¬daży hurtowej i detalicznej, o sytuacji bibliotek i czytelnictwa, o najważniejszych imprezach promocyjnych i targowych, o multimediach, zawiera też zbiór najistotniejszych aktów prawnych związanych z książką. Najbliższa moim zainteresowaniom, i zresztą najważniejsza, z punktu widzenia poruszanej przez autora problematyki, jest jednak część dotycząca spraw edytorskich. Autor przedstawia tak mod¬ny ostatnio ranking największych i najważniej¬szych, jego zdaniem, polskich wydawnictw, sto¬sując jako jedyne i decydujące kryterium ich przynależności do tej swoiście pojmowanej śmietanki wydawniczej roczną wielkość przychodów ze sprzedaży. Działalność piętnastu firm omawia bardziej szczegółowo, lokując je w ścisłej czołówce polskiego edytorstwa. Znala¬zły się wśród nich Wydawnictwa Szkolne i Pedagogiczne, Świat Książki, PWN, Muza, Prószyński i S-ka, Bellona, Arkady, ale także aż dwóch liderów książki prawniczej (może to i dobrze, jako że kultura prawna naszego społeczeństwa jest dość niska): Dom Wydaw¬niczy ABC i C.H. Beck, Polskie Przedsiębiorstwo Wydawnictw Kartograficznych, Kurpisz, Egmont Polska, Amber, Reader’s Digest, Harlequin. Każdemu, kto pamięta dawną, uznaną i uświęconą hierarchizację polskich wydaw¬nictw, ten nowy podział może wydać się nieco szokujący. Trudno jest mi zwłaszcza pogodzić się z degradacją „Naszej Księgarni”, na której publikacjach wychowało się kilka pokoleń dzie¬ci i młodzieży. W książce Gołębiewskiego jest ona ledwie wymieniana, a zastąpiły ją obco brzmiące nazwy: Podsiedlik-Raniowski i S-ka, Kama, Wilga, Siedmioróg, Elżbieta Jarmołkiewicz... No, ale nie chodzi o szczegóły, chodzi o zasadę. Zastosowanie jako jedynego i rozstrzygającego o pozycji danego wydawnictwa kryterium jego dochodowości musi budzić sprzeciw i ma znaczenie wykraczające poza wąsko pojęte sprawy edytorskie. Z tak pomyślanego rankingu wymknęły się bowiem najważniejsze i najbardziej zasłużone ze względu na swój wkład w rozwój kultury oficyny wydawnicze i dosłownie z lupą w ręku trzeba szukać jakichś zupełnie marginalnych wzmianek o takich firmach, jak PIW, „Czytelnik”, Wydawnictwo Literackie, „Iskry”, „Znak”, „Ossolineum”, „Wiedza Powszechna” czy Wydawnictwo Dolnośląskie. Autor w swoim podsumowaniu do tej części książki pisze: Ci, którzy nie mają pieniędzy, są coraz słabsi. Na tym rynku nie wystarczają piękne tradycje i zasługi dla promocji literatury. Chciałbym jednak zapytać, czy całkiem bez znaczenia jest fakt, że książki wydawane w zdegradowanych przez autora oficynach niemal z reguły figurują na czele list bestsellerów i są najczęściej odnotowywane w mass mediach, że ich autorami są m.in. Wisława Szymborska, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Gustaw Herling-Grudziński, Stefan Kisielewski? Czy słuszne jest odmówienie miejsca w rankingu np. Wydawnictwu Dolnośląskiemu, które z niegdysiejszej skromnej oficynki przekształciło się w firmę o europejskim standardzie i słynie dziś z wysokiego poziomu edytorskiego swoich publikacji? Z drugiej strony czy na specjalne uhonorowanie zasłużyły: „Harlequin” tylko dlatego, że dociera ze swoją ofertą do tej kategorii czytelniczek, które wcześniej w ogóle nie miały zwyczaju sięgania po książkę (ale czy na tomikach tego wydawnictwa-wyciskacza łez nie poprzestaną?), Amber, o którym sam autor pisze, że jego książki to w żadnym wypadku nie są tzw. pozycje ambitne, czy wreszcie spółka rodzinna „Kurpisz”, której główny sukces wiąże się z reprintem przedwojennej 22-tomowej Wielkiej ilustrowanej encyklopedii powszechnej Gutenberga, nawiasem mówiąc powielającej z gruntu przestarzałe treści i w ten sposób mącącej w głowach czytelnikom. Na końcu chcę się zastrzec, że nie mam nic przeciwko tabelom i obszernym komentarzom szczegółowo rozliczającym wydawnictwa z ich działalności ekonomicznej. Jeśli jednak wydaje się książkę o nieco szerszych aspiracjach, pretendującą do roli kompendium wiedzy o rodzimym rynku książki, to powinno się w niej znaleźć miejsce, zapewne w osobnym rankingu, dla wydawnictw być może słabnących w wyścigu o pieniądze, ale ważnych ze względu na ich ciężar gatunkowy, ocenianych z punktu widzenia ich działalności merytorycznej, liczby ukazujących się recenzji, wpływu na opinię publiczną, roli, jaką spełniają w rozwoju życia intelektualnego, jako swego rodzaju zaczyn do dyskusji. Na taką publikację wszyscy zainteresowani losami słowa drukowanego w Polsce wciąż oczekują.